3 dziecięce biznesy twórcy drogerii Rossmann

Pierwsze lata życia Dirka Rossmanna, twórcy sieci drogerii pod własnym nazwiskiem, nie były łatwe. Właśnie skończyła się wojna, brakowało jedzenia i podstawowych produktów do życia. Dirk w wieku dwóch lat zachorował na obustronne zapalenie płuc i szkarlatynę. Lekarz stwierdził, że nie ma sensu zabierać dwulatka do szpitala: „Będzie lepiej, jeśli mały Dirk umrze w domu, w otoczeniu rodziny” – mówił. Mimo takiej diagnozy, chłopiec przeżył.

Przedsiębiorcze geny

Dirk Rossmann uważa, że w przedsiębiorczości pomogły mu geny. Obaj jego dziadkowie byli kupcami, choć o różnym poziomie zamożności. Dziadek Edmund Wilkens prowadził zakład szyjący czapki i rękawice, zatrudniał 200 osób. Miał też największy sklep futrzarski w Hanowerze.

W 1909 roku drugi dziadek, Rudolf Rossmann, założył drogerie. I choć budynek został zbombardowany w czasie wojny, a sam biznes drogeryjny miał problem z utrzymaniem rentowności, to sklep dziadka jest protoplastą dzisiejszej sieci sklepów. Biologiczny ojciec Dirka także był przedsiębiorcą.

Dziś na świecie funkcjonuje ponad 4 tysiące sklepów marki Rossmann. Pierwszą drogerię samoobsługową Dirk otworzył w wieku 24 lat. A jak wyglądało jego dzieciństwo?

Kogo podziwiał Rossmann w dzieciństwie?

Dirk już w wieku 10 lat wiedział, co chce w życiu robić. Wiedział, że chce być wolny i samodzielny. Wolałby prowadzić mały kiosk przy ulicy przez 14 godzin dziennie niż pełnić funkcje dyrektorką i mieć nad sobą szefa.

W dzieciństwie podziwiał trzy lokalne rodzinne biznesy z Hanoweru, w którym się wychował. Jedną z nich była rodzina Sprengelów, która miała fabrykę czekolady. Drugą byli Bahlsenowie, znani z herbatników Leibniz. Z kolei rodzina Beindorffowie prowadziła zakład materiałów papierniczych i piśmiennych Pelikan. Fritz Beindorff, właściciel firmy, sprowadzał z zoo pelikany, by te otaczały jego zakład. Ten obrazek stanowi dziś wspomnienie młodego Rossmanna o marzeniu o sukcesie.

Uparty jak wół

Za wszelką cenę chciał uniknąć wojska. Tata Dirka zmarł, gdy ten miał 12 lat, a mama cierpiała na silny reumatyzm i nie była w stanie prowadzić rodzinnej drogerii w Hanowerze. Z działalności sklepu żyła cała rodzina, łącznie z dziadkami. Dirk był uparty i nie chciał iść do wojska, by pomagać w sklepie. Służba w Bundeswehrze trwała wtedy 1,5 roku, co mogło pogrążyć rodzinny biznes w tarapatach.

Dirk Rossmann za wszelką cenę chciał uniknąć wojska.

Młody Rossmann w końcu stawił się w wojsku. Odmawiał jednak wykonywania poleceń, był bezczelny, doprowadzał przełożonych do szału. Trafił najpierw do karceru, potem na miesiąc do kliniki dla chorych psychicznie. Gdy wrócił do koszar, wspiął się na potężny dąb, z którego nie zszedł, dopóki oficerowie nie wezwali straży z odpowiednio długą drabiną. Ponownie trafił do lekarza, który tym razem pomógł mu napisać pismo o jego rzekomo ciężkim stanie psychicznym. Gdy pismo o chęci odebrania sobie życia trafiło do dowództwa, Dirk Rossmann został zwolniony z Bundeswehry w trybie nagłym. Uznany za niezdolnego do służby wojskowej, dopiął swego.

Pierwszy biznes

Dirk, jak to często bywa w przypadku dzieci przedsiębiorców, od małego zarabiał w drogerii rodziców. Pakował klientom kosmetyki do woreczków. Pensja? Fening za woreczek. W wieku 9 lat wpadł na swój autorski pomysł.

W lokalnej gazecie w Hanowerze w soboty ukazywała się strona przeznaczona dla dzieci. Publikowano na niej opowiadania i rymowanki, których autorem były dzieci. Wystarczyło wysłać swój tekst do gazety i liczyć, że redakcja wybierze go do publikacji. Autor takiego wiersza otrzymywał 8 marek niemieckich, co udało się Dirkowi. Rym o wielkanocnym zającu pozwolił zarobić mu pierwsze pieniądze. Co ciekawe, w innym z wierszy, 9-letni Rossmann rymował o pieniądzach.

Drugi biznes

Na pierwszy poważny pomysł zarobienia pieniędzy wpadł, gdy miał 12 lat. Mieszkał wtedy z rodziną na osiedlu, na którym mieszkało 50 tysięcy ludzi.
– Tyle ludzi, a tak niewielu z nich zachodzi do drogerii… – myślał Rossmann.

Najpierw upewnił się, że mama sprzeda mu towar 10% taniej niż jest na półce. Zaczął chodzić po sąsiadach, od drzwi do drzwi. Proponował, że będzie regularnie dostarczał produkty z drogerii mamy. Sąsiedzi płacili normalne ceny, ale oszczędzali na jeździe do miasta. Ceny były regulowane przez państwo, więc sąsiedzi i tak nie kupiliby tych produktów taniej. Dowóz u Dirka był gratis. Z sąsiadami ustalił, że będzie zbierał zamówienia w czwartek, a w piątek będzie je dostarczał. Dirk najpierw jednak musiał zainwestować. Pierwszą inwestycją był rower ze skrzynką. Tak właśnie Dirk stał się obwoźnym sprzedawcą produktów z drogerii swojej mamy. Jego miesięczny obrót wynosił 5 tysięcy marek, z czego 10% stanowił jego zarobek. 500 marek dla dwunastolatka.

Z czasem jeżdżenie rowerem po sąsiadach mu spowszedniało. Zatrudnił o 2 lata starszego brata Axela, który stał się jego pierwszym pracownikiem z pensją 3% od sprzedaży. Po kilku miesiącach brat uznał swoją pracę za głupią i wszystkie zadania z powrotem spadły na głowę Dirka.

Trzeci biznes

W Hanowerze od 1947 regularnie odbywają się targi Hannover Messe. Przyjeżdżają tysiące ludzi, a większość z nich potrzebuje noclegu. Wielu hanowerczyków oferuje im pobyt w swoich domach. Dirk to zauważył i zawsze podczas targów stawał przy Bundesstrasse 3 z tekturowym szyldem informującym o wolnych łóżkach w ich domu. Bywało, że sam szedł spać do piwnicy na materacu. W okresie targów udawało się zarobić nawet 1200 marek.

Jak Rossmann wspomina szkołę?

Pamiętam fascynację tenisem, pamiętam wczesną smykałkę do interesów, ale zupełnie nie przypominam sobie tego, co wiąże się ze szkołą. Wymazałem szkołę z pamięci – mówi Dirk.

Miał słabe wyniki. Na świadectwie nigdy nie miał nawet czwórki. Do tego był zamknięty w sobie. Po pół roku nauki w gimnazjum nauczyciel powiedział matce Rossmanna, że Dirk „nie jest specjalnie inteligentny”. Zamiast zdać maturę, zaczął pracować w drogerii.

Dirk Rossmann nie ukrywa, że nienawidził szkoły.

Nienawidziłem wszystkiego, co wiązało się ze szkołą. Było okropnie. Dyscyplina i porządek to nie były metody sprzyjające nauce. Szkoła mnie tylko frustrowała. Nie zachowałem żadnego świadectwa ze szkoły – dodaje Dirk.

Rossmann negatywnie ocenia system edukacji. Szkoła powinna wzmacniać w uczniach poczucie wartości. Powinna ułatwiać start w życiu. Tak się jednak nie dzieje. Uważa, że bardzo ważne jest, by przekonać dzieci i młodzież do tego, że nauka może być przyjemnością. Szansę na to upatruje w czytaniu.

W wieku 14 lat Dirk zaczął poznawać zawartość domowej biblioteczki. Przez kolejnych kilka lat codziennie wieczorem siadał i zaczytywał się w dziełach Schopenhauera. Biblioteka domu dziadka pękała w szwach od klasyków literatury. Jest przekonany, że bez czytania nie zaszedłby w życiu tak daleko. Dziś wspiera fundację MENTOR, która wzmacnia poczucie wartości dzieci, budzi w nich wiarę we własne możliwości i zachęca do czytania książek.

Jakie płyną lekcje z młodości Dirka Rossmanna?

Nie każde dziecko rodzi się w rodzinie przedsiębiorców i może pomagać im w prowadzeniu sklepu. Każde może jednak zapytać sąsiadów, czy chcieliby, by im regularnie robić zakupy. Młody Rossmann podziwiał lokalne firmy, które odnosiły sukcesy. W dobie internetu znalezienie informacji o lokalnych udanych przedsięwzięciach biznesowych nie stanowi problemu. Koszula bliższa jest ciału, gdy dowiadujemy się, że prezes firmy wychował się na zwykłym osiedlu. I, jak Dirk Rossmann, miał słabe oceny w szkole.

Zastrzyk finansowy dzięki klientom targów w Hanowerze uczy, że warto wiedzieć o wydarzeniach, które dzieją się w naszej miejscowości.
Z kolei rymowanki młodego Rossmanna pokazują, że warto próbować tworzyć treści i się nimi dzielić. A nuż komuś się spodobają?

Próba stylizacji „na Rossmanna” 🙂

Źródło: Dirk Rossmann, „…i wtedy wspiąłem się na drzewo”.